Opowiadanie Autorka Pokochaj
Rozdział IV

Nic nie wnoszący rozdział w zasadzie. Bardziej emocjonalny. No, mniejsza. Miłego czytania ;*


część 1

Rozdział IV

CZĘŚĆ 1
Elizabeth otworzyła duże, drewniane drzwi wejściowe z lekkim wysiłkiem. Szybkie tempo, jakie utrzymywała, żeby wrócić do domu sprawiło, że była zmęczona. Gruba warstwa białego puchu też dała jej się we znaki. Teraz jednak strzepnęła w holu śnieg z butów i sukni, a płaszcz zawiesiła na wieszaku. Wydawało się, że w domu nie ma żywej duszy, lecz Elizabeth się tym nie przejęła. Wbiegła szybko po schodach i skierowała się do swojego pokoju. Służące nie wypakowały jeszcze wszystkich jej rzeczy, dlatego na podłodze leżały porozrzucane walizki. Dziewczyna doskoczyła do pierwszej z nich i zaczęła wyrzucać po kolei wszystko na łóżko. Raz za razem, na pościeli lądowały suknie, drobne kuferki z biżuterią oraz inne bibeloty. Kiedy Lizzie nie znalazła tego, czego szukała, otworzyła kolejną walizkę. Znów nie osiągnęła celu, a składowisko na łóżku zwiększało się w zastraszającym tempie. Doskoczyła do komody i zaczęła przeszukiwać szuflady.
„Muszą przecież gdzieś tutaj być” - myślała nerwowo – „Nie mogłam ich zostawić w domu”.
Serce biło jej coraz szybciej. Przecież to nie było nic ważnego, a jednak tak bardzo zdeterminowało ją, że poświęciłaby wszystko, aby znaleźć swoją zgubę. Niespodziewanie do pokoju weszła niska służąca, która osłupiała na widok tego, co zobaczyła. Elizabeth z wielką zawziętością przeszukiwała właśnie głęboki kufer. Była pochylona tak nisko, że połowa jej drobnego ciała była schowana w środku, a na zewnątrz wystawały tylko nogi. Na dźwięk otwieranych drzwi wychyliła swoją głowę i spojrzała zaskoczona na kobietę. Na łóżku leżała sterta sukien, część z nich ześlizgnęła się na podłogę, gdzieś naokoło walała się biżuteria, która wypadła z kuferków, książki leżały pod łóżkiem, a pod nogami dziewczyny znajdowała się bielizna, jaka niedawno wyleciała z kufra, gdzie właśnie tkwiła Lizzie.
- P… p… przepraszam – wydukała. – Nie wiedziałam, że panienka już wróciła.
- Nie, nic nie szkodzi – odpowiedziała Elizabeth i wróciła do przeszukiwania. Znów zanurzyła się w kufrze, jakby nic się nie stało.
- Czy ja mogę w czymś panience pomóc? – zapytała nieśmiało młoda służąca. Była wystraszona po ostatnim incydencie z Elizabeth. Nie chciała znowu jej denerwować, bo wiedziała, że panienka jest nieobliczalną histeryczką. Takie przynajmniej opinie krążyły wśród służby.
- Szukam pudełka z listami – dobiegł głos z kufra.
- Och! Jest w szufladzie w biurku.
- W biurku? – Elizabeth wyprostowała się, chociaż pozostała na klęczkach. – Dlaczego od razu o tym nie pomyślałam? Kto wypakowywał walizki?
- J… j… ja – wystraszyła się służąca. – Ale to panienka wypakowywała osobiście swoją prywatną korespondencję.
Lizzie zmieszała się. Jej policzka zapłonęły rumieńcem, a spojrzenie powędrowało w kierunku podłogi. Poczuła się zażenowana, że popełniła taki błąd, na dodatek przy Mary.
- No tak –zaczęła – faktycznie sama schowałam tam listy. Przepraszam za zamieszanie.
Wstała i spojrzała na pokój, który dzięki niej wyglądał jak pobojowisko. Przyszło jej na myśl, że zachowuje się jak dziecko, na dodatek nie stara się ani trochę nad sobą zapanować. „Tak nie może być.”
- Posprzątam tutaj – powiedziała służąca i zajęła się zbieraniem bielizny z podłogi. Wbiła wzrok w swoje ręce, które szybko łapały porozrzucane rzeczy. Czuła się zmieszana całą sytuacją, jaka nastąpiła. W głębi serca odczuwała wielki strach przed tym, co może nastąpić, jeśli okaże się nieodpowiedzialna w tym momencie. Bała się tej młodej kobiety, która stała przed nią ze zniesmaczoną miną. Elizabeth patrzyła, jak Mary uwija się przy zbieraniu bielizny, jakby po raz pierwszy widziała sprzątającą dziewczynę.
- Może… może ja pomogę? – zapytała, a służąca zatrzymała się w bezruchu. Zapadła głucha cisza, a kobiety patrzyły sobie w oczy, obydwie oszołomione tym, co przed chwilą padło z ust Lizzie.
- Nie, niech się panienka nie trudzi – powiedziała w końcu Mary i wróciła do swojego zajęcia, lecz tym razem jeszcze szybciej łapała za każdą rzecz, jaka jej się nawinęła pod ręce.
- Mimo wszystko pomogę – stwierdziła kobieta i zaczęła zbierać z łóżka suknie, które sama rozrzucała z wielkim impetem. Układała je od razu w szafie, bardzo dokładnie, jakby to był jakiś rytuał. Po raz pierwszy, od dłuższego czasu, czuła się odpowiedzialna za swoje zachowanie.
- Opowiedz mi o niej –zaczęła Elizabeth, odrywając się na chwile od pracy.
- O pani Charlotte? – zdziwiła się Mary. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Sądziła, że panna Vandervellen nie chce słyszeć nic o siostrze.
- Tak, chcę usłyszeć o Charlotte – powiedziała spokojnie dziewczyna i usiadła na łóżku, na którym leżał już tylko jeden, diamentowy naszyjnik. Lizzie wzięła go w dłonie i zaczęła obracać, jakby z nerwów. Służąca spojrzała na nią, po czym sama usiadła na foteliku stojącym obok komody.
- Pani de Gualle była bardzo dobrą osobą…

komentarze [6]

Rozdział III

Rozdział trzeci, niepoprawiony, dodany pod naciskiem Cammie i jej własnie dedykowany ^^

Starszy, otyły mężczyzna w czarnym, grubym płaszczu szedł szybkim krokiem mokrymi uliczkami miasteczka. Nie lubił deszczu, jednak tego dnia siła wyższa sprawiła, że musiał opuścić swój przytulny, duży dom i przemierzać Hill w tą psią pogodę. Raz za razem przeklinał pod nosem, kiedy wchodził w kolejną kałużę, która umiejscowiła się na samym środku ścieżki. Nie przywykł do takich warunków. Hill było co prawda ponurym miasteczkiem, często spowijała je mgła lub szarobure niebo wisiało nad nim, jednak deszcz był tutaj rzadkością. Dziś jednak ulewny deszcz padał od samego rana sprawiając, że biały puch, który pokrywał od kilku dni wszystko, zamienił się w potoki zalewające drogi i wąskie uliczki. „Niech to szlag! Jeszcze trochę, a zacznie zalewać domy” pomyślał mężczyzna kiedy poczuł na własnej skórze, jak głębokie są już kałuże. Gdyby nie fakt, że wezwał go burmistrz, Jurgen Moons nie opuściłby swojego domu ani na krok. Wolał siedzieć przy rozpalonym kominku i zagłębiać się w kolejną lekturę lub wertować dokumenty niż spacerować w deszczu. Tego dnia jednak otrzymał wiadomość od Archibalda Petersena, burmistrza Hill od piętnastu lat, aby zjawił się w jego domu najszybciej jak tylko może, co oczywiście znaczyło, że natychmiast. Petersen nie znosił nieposłuszeństwa, więc wszyscy spełniali jego polecenia. Jurgen nie mógł odmówić burmistrzowi, doskonale wiedział, że miałby później w związku z tym wiele nieprzyjemności, a nie mógł sobie na to pozwolić. Był sekretarzem w niewielkim ratuszu znajdującym się na dużym, kwadratowym placu między domami, w centrum miasteczka. Od ośmiu lat współpracował z burmistrzem i był mu posłuszny, poznał go na tyle, że wiedział, jak bardzo drażni go nieposłuszeństwo i spóźnianie się. Wolał nie tracić stanowiska przez jakiś tam deszcz.
„Nareszcie” pomyślał Jurgen, kiedy doszedł w końcu do dużego, ceglanego domu obok ratusza. Uderzył trzy razy w drewniane drzwi kołatką i czekał, a po jego czole spływały kolejne krople deszczu. Otworzyła mu niechętnie gruba, brzydka kobieta o niemiłym wyrazie twarzy. Jej sylwetka skrywała się w półmroku, więc Jurgen nie musiał „podziwiać” służącej w całej okazałości. Spojrzał na nią niechętnie i burknął pod nosem:
-Wpuścisz mnie kobieto w końcu?
Służąca nie odpowiedziała tylko otworzyła szerzej drzwi, tak aby mężczyzna mógł wejść do domu. Kiedy wszedł i zostawił na podłodze olbrzymie plamy błota, zaklęła pod nosem. Zapowiadał się dla niej niemiły wieczór. Rzuciła na ziemię grubą szmatę i wskazała sekretarzowi, że ma w nią wytrzeć ubłocone buty. Kiedy to zrobił, od razu zabrała się za wycieranie plam na parkiecie. Jurgen natomiast ruszył przed siebie do gabinetu burmistrza. Nie chciał tracić czasu przez nierozgarniętą sprzątaczkę. Zapukał w drzwi i kiedy usłyszał „proszę”, wszedł do środka. Przy olbrzymim biurku siedział patykowaty, starszy mężczyzna, którego włosy przyprószone były sporą siwizną. W ustach trzymał fajkę, a palcami drugiej ręki uderzał nerwowo w blat. Patrzył na swojego gościa groźnym wzrokiem, najwyraźniej stało się coś naprawdę niecierpiącego zwłoki.
-Pan mnie wzywał - powiedział delikatnie Jurgen.
-Owszem. - odpowiedział spokojnie burmistrz - jest pewna ważna sprawa do omówienia.
-Rozumiem, że to coś pilnego.
-Pilnego? - zdziwił się Petersen - Nie…
Sekretarz zaczął się denerwować. Przebył pół miasteczka w ulewie, aby dowiedzieć się, że sprawa, którą chce załatwić burmistrz, nie jest pilna.
-W takim razie o co chodzi? - zapytał zdenerwowany Jurgen.
-Nie o co, ale o kogo Moons!
-Słucham? - zdziwił się mężczyzna.
-Och, nie udawaj, że nie wiesz o kogo mi chodzi Moons!
-Naprawdę, nie rozumiem…
-Sprawa dotyczy nowoprzybyłej panny Vandervellen. - oczy burmistrza zaczęły błyszczeć na samo wspomnienie młodej kobiety - Przyjechała wczoraj do Hill. Sądzę, że o tym wiesz.
-Tak wiem. I co w związku z tym? - zdziwił się Jurgen. Nie miał pojęcia, czego może chcieć od dziewczyny Petersen.
-Tak się składa, że panna Elizabeth Vandervellen jest dziedziczką majątku rodu de Gualle i Vandervellen.
-Z tego co się orientuję, nie powinna dziedziczyć. - odparł sekretarz.
-Owszem. Jednak nie można ingerować w ostatnią wolę zmarłych. Zwłaszcza jeśli są to ekscentryczni arystokraci. Zarówno rodzice tej dziewczyny, jak i mąż siostry, zapisali wszystko jej w testamencie.
-No tak, to zmienia postać rzeczy - pokiwał głową mężczyzna - Jednak wciąż nie rozumiem, do czego pan zmierza.
-Wiesz Moons, ze jestem wdowcem… - zaczął burmistrz. Jurgen oniemiał. Już doskonale wiedział jakie zamiary ma Petersen i przerażała go ta wizja. Archibald zawsze był chciwym człowiekiem i łasym na piękne, młode kobiety, chociaż miał 63 lata. Nigdy nie pokusił się o oszustwo, jednak starał się za wszelką cenę pomnażać swój majątek. Najwyraźniej widział w pannie Vandervellen podwójną korzyść: była młoda, zapewne piękna i bogata.
-Zamierza pan się z nią ożenić?
-Przyznaję, że tak. Chętnie bym to zrobił. Ponoć jest identyczna jak siostra, a więc piękna. Jurgen, pomożesz mi!
-Ja? - podniósł głos sekretarz - Przecież to praktycznie niemożliwe. Jej ojciec nie żyje, decyzja należy całkowicie do niej. Jakim cudem dwudziestoletnia kobieta wyjdzie za pana?
-Sugerujesz, że nie jestem odpowiednim kandydatem na męża? - zdenerwował się burmistrz.
-Nie, tylko stwierdzam, że będzie trudno.
-Zorganizuj bal miejski w przyszłym tygodniu. Zadbaj, aby panna Vandervellen się zjawiła. A teraz zostaw mnie samego.
Jurgen kiwnął głową na znak, że rozumie, ukłonił się i wyszedł z gabinetu. Nie miał pojęcia co ma sądzić o planie pracodawcy. „On chyba oszalał” pomyślał. Burmistrz nigdy nie starał się o żadną kobietę. Od kiedy zmarła jego żona, nie miał zamiaru żenić się po raz kolejny. Czasami składał wizytę w miejskim domu publicznym, albo uwodził jakąś nieszczęśliwą, niedocenianą przez męża żonę, ale żeby od razu myśleć o ślubie? Nie, to nie było w jego stylu.
Sekretarz minął w drzwiach grubą służącą, która z wyraźnym zadowoleniem zamykała za nim drzwi. Wyszedł na deszcz, który nie ustawał. Zaklął pod nosem i ruszył przed siebie. Nie było mu już tak śpieszno. Szedł wolnym krokiem nie zważając na kałuże. Cały czas rozmyślał o tym, co powiedział mu burmistrz. Nie spodziewał się takich informacji. „A jeśli ona się nie zgodzi? Co wtedy zrobi Petersen?”

komentarze [5]

Rozdział II

Po raz pierwszy kilka słów ode mnie:
Po pierwsze przepraszam, że tak długo, ale nie miałam internetu a i wena nie jest ostatnio zbyt łaskawa. Może to przez nawał pracy i klasę maturalną. Osobiście uważam, że rozdział jest kiepski. Z resztą ja zawsze tak uważam.
Miłej lektury życzę mimo wszystko ^^.



Następnego dnia Elizabeth obudziła się bardzo późno. Zawsze była rannym ptaszkiem, lecz tym razem było południe, kiedy wstała z łóżka. Przeciągnęła się leniwie i wyjrzała przez okno. Śnieżna biel raziła jej oczy. Śnieg najwyraźniej padał całą noc, bo ogród był pokryty jego grubą warstwą. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko. Bardzo lubiła zimę. Kochała mroźne wieczory i spadające z nieba puchowe płatki. Jednak ta pora roku bardzo jej ciążyła. Zawsze było mnóstwo problemów z komunikacją, podróżami, a nawet zwykłymi zakupami.
Elizabeth założyła zieloną suknię z delikatnymi, złotymi zdobieniami i żółto-złotymi krawędziami, po czym zeszła na parter. W jadalni spotkała Luizę, która rozmawiała ze służącym. Oboje wyglądali na zdenerwowanych. Dziewczyna podeszła do nich wolnym krokiem i zapytała:
-Mogę wiedzieć, o co się kłócicie?
Zapadła niezręczna cisza. Najwyraźniej nikt nie miał zamiaru informować jej o niczym.
-Panie... - zaczęła mówić do służącego, lecz zorientowała się, że nie ma pojęcia jak on ma na imię - jak pana zwą?
-Arthur - odpowiedział jej z wyniosłą miną mężczyzna.
-A więc panie Arthurze. - powiedziała wolno i wyraźnie, kładąc szczególny nacisk na słowo "panie" - Wolałabym żeby w tym domu nie było tajemnic, a już tym bardziej sporów.
-Jak sobie panienka życzy - powiedział z udawaną uprzejmością, po czym odwrócił się i mruknął pod nosem - za bardzo się tu panoszysz...
Elizabeth jednak usłyszała ostatnie słowa i zatrzymała wychodzącego mężczyznę.
-Przepraszam, co powiedziałeś?
-Słucham? - zdziwił się Arthur.
-Chcę wiedzieć, co powiedziałeś - stwierdziła twardo Lizzie, a służba, która wychyliła się z kuchni obserwowała całą sytuację razem z Luizą.
-Nie wiem, o co panience chodzi - odpowiedział wymijająco służący.
-Dlaczego mnie tak nienawidzisz? - spytała nagle dziewczyna, ale nie uzyskała odpowiedzi.
-Czym ja ci zawiniłam? - zaczęła podnosić głos - Dlaczego wy wszyscy mnie tak nienawidzicie?
-Ale...
-Odpowiedz mi! - krzyknęła, a w oczach zaczęły zbierać jej się łzy.
Mężczyzna nie wytrzymał wzbierającej fali wściekłości i wybuchnął nagle:
-Dlaczego? Nie wiesz? Niczym jakaś wielka dama przyjechałaś tutaj, aby rozporządzać tym majątkiem! Nie powinnaś mieć prawa!
Dziewczyna zdębiała. Nie spodziewała się, że służący zacznie krzyczeć na nią. Jednak on najwyraźniej jeszcze nie skończył, bo już łapał powietrze, aby wyrzucić z siebie kolejną porcję krzyków.
-Myślisz, że tylko ty cierpisz po stracie pani Charlotte! A my straciliśmy całą rodzinę, z którą byliśmy związani. Egoistko ty jedna! - wykrzyczał jej prosto w oczy, cały bordowy na twarzy i wyszedł szybkim krokiem z jadalni. Pozostawił Elizabeth samą sobie, wśród służby, która popierała słowa Arthura. Nawet Luiza musiała przyznać mu rację, nie okazywała tego jednak, aby nie urazić przyjaciółki. Lizzie odwróciła się w końcu i spojrzała na służące, które nie miały pojęcia, co robić. Powiodła nerwowym wzrokiem po ich wyczekujących twarzach i stwierdziła krótko:
-Wracajcie do pracy.
Odwróciła się i wyszła z pomieszczenia. Dłonie drżały jej z nerwów. Nie sądziła, że służący zareaguje tak ostro, zwłaszcza, że za takie zachowanie służba zawsze traci pracę. Jednak w uszach cały czas brzęczały słowa „egoistko ty”. Złapała bordowy płaszcz podszyty futrem, który wisiał na wieszaku w holu i założyła go pospiesznie. Otworzyła główne drzwi po czym wybiegła z domu nie zważając na głos Luizy, wołającej jej imię. Chciała być sama. Zeszła po schodach szybkim krokiem i skierowała się do ogrodu znajdującego się z tyłu posiadłości. Szła wąską, zaśnieżoną alejką przy domu. Droga nie była łatwa biorąc pod uwagę ilość śniegu, jaka spadła przez jedną noc, jednak Elizabeth nie poddawała się. Chciała przejść się po ogrodzie, o którym tak wiele pisała jej siostra. Uwielbiała go, zwłaszcza latem, ale zimą ponoć też był piękny. Charlotte często spacerowała po nim z mężem, a czasem spotykała się tam ze swoim przyjacielem, o którym kilkakrotnie wspomniała siostrze. Elizabeth miała nadzieję, że poczuje do tego ogrodu taką samą sympatię, jaką żywiła do niego pani de Gualle. Chwilę później doszła do olbrzymiej bramy. "Dlaczego jest otwarta?" pomyślała Lizzie, kiedy zobaczyła rozwarte, mosiężne skrzydła. "Przecież wszystko zostało zamknięte po ich śmierci." Wolnym krokiem weszła do ogrodu, a jej oczom ukazała się szeroka aleja, otoczona rozmaitymi iglakami, które pokryte białym puchem, sprawiały wrażenie potężnych rzeźb. Końca alei nie było widać, lecz Elizabeth, oczarowana tym, co zobaczyła, bez obaw szła przed siebie. Gdzieś w oddali słyszała śpiew ptaków, które najwyraźniej zimy się nie bały. Kiedy w końcu doszła do końca, droga rozchodziła się w dwie strony. Po lewej stronie zobaczyła dach altany, więc postanowiła udać się w tamtym kierunku. Przyśpieszyła kroku, aby jak najszybciej dotrzeć do celu. Charlotte ponoć tam spędzała najwięcej czasu. Po kilku minutach Elizabeth zobaczyła dużą, białą altanę z licznymi zdobieniami. Podeszła bliżej, aż wszystko, co znajdowało się w środku było widoczne. Dziewczyna weszła do środka i doznała olbrzymiego szoku. W środku ustawiona była wielka sztaluga, a o balustradę oparte były obrazy przedstawiające jej siostrę. Elizabeth zaczęła nerwowo oglądać wszystkie malowidła. "Czyje to?" zadawała sobie wciąż pytanie. Nikogo nie zauważyła idąc przez ogród, a jednak ktoś się w nim musiał znajdować.
-Charlotte? - usłyszała za sobą głos. Odwróciła się szybko i ujrzała młodego mężczyznę zmierzającego powoli w jej kierunku.
-Charlotte, czy to ty? - zawołał nieznajomy. Elizabeth jednak nie odpowiedziała. Była w zbyt wielkim szoku żeby wydusić z siebie cokolwiek. Patrzyła tylko jak obcy jej człowiek zbliża się do niej coraz bardziej. Przyśpieszył kroku i w kilka sekund znajdował się już w altanie. Stanął naprzeciwko Lizzie i spojrzał jej głeboko w oczy.
-Charlotte, jak to możliwe? Przecież... - urwał i zbliżył swoją dłoń do jej twarzy. Elizabeth poczuła ciepło na policzku i w sercu. Nie chciała odsuwać się od tego człowieka. Po raz pierwszy ktoś patrzył na nią z tak wielką fascynacją. Nie przeszkadzało jej nawet to, że brał ją za jej siostrę.
-Ja... ja... - zaczęła dukać Lizzie - Ja nie jestem Charlotte.
-Jak to? - zapytał mężczyzna i odsunął rękę od niej. Fanscynacja zmieniła się w zmieszanie.
-Ja jestem jej siostrą - odpowiedziała Elizabeth i wybuchnęła płaczem. Nie wiedziała nawet dlaczego się rozpłakała, jednak nie potrafiła się uspokoić. Nie chciała okazywać przy obcym swojej słabości, jednak nie dawała rady przestać szlochać. Usiadła na schodach altany i ukryła twarz w dłoniach. Między palcami wypływały łzy i spadały na jej suknię, tworząc mokre plamy.
-Przepraszam - powiedziała cicho.
Mężczyzna jednak nic nie odpowiedział, tylko usiadł obok niej i objął ją ramieniem. Przytuliła się mocno do jego piersi, wciąż cicho łkając. Przez kilka minut trwali w tym uścisku, w ciszy, którą przerywał co chwila szloch Elizabeth. Kiedy w końcu uspokoiła się i podniosła głowę, ujrzała przystojną twarz nieznajomego i szmaragdowoielone oczy wpatrujące się w nią ze smutkiem.
-Mnie też jej brakuje - szepnął mężczyzna, przerywając ciszę.
Elizabeth spojrzała na niego pytająco. Nie miała pojęcia kim jest ten człowiek, ani co go łączyło z jej siostrą.
-Znałeś moją siostrę? - zapytała nieśmiale.
-Oczywiście! Wszyscy ją tutaj znali. Mnie z twoją siostrą łączyła miłość do poezji i sztuki. Jak widzisz często tutaj malowałem. - wskazał na obrazy oparte o balustradę.
-A więc to ty... - szepnęła Lizzie.
-Może odprowadzę cię do domu? - zaproponował
Elizabeth zmieszała się nieco. Nie chciała się pokazywać z mężczyznami. "Wspaniały Artur zapewne nie omieszkałby tego skomentować" pomyślała.
-Nie, dziękuję, ale dam sobie radę - odpowiedziała i wstała, aby wrócić do posiadłości. Malarz podniósł się również i odprowadził kobietę wzrokiem do zakrętu, za którym szybko zniknęła. Elizabeth starała się odchodzić od altanki w miarę spokojnie i zdecydowanie, ale kiedy tylko znalazła się poza zasięgiem wzroku nowego znajomego, przyśpieszyła kroku tak, że po chwili już biegła przez śnieżne zaspy, starając się nie upaść. "Muszę coś sprawdzić" pomyślała.



komentarze [6]

ROZDZIAŁ I

Zabłoconą ścieżką jechał samotny powóz, rozchlapując wodę na przydrożną trawę. O jego cienkie ścianki odbijały się wielkie krople deszczu, przez co w środku panował dziwny hałas, mimo milczenia pasażerów. Dwa czarne konie pędziły przed siebie, aby jak najszybciej dotrzeć na miejsce. Powietrze było zimne, ponieważ zbliżała się zima i wszyscy wypatrywali pierwszego śniegu.
Kobiety, które jechały powozem, ubrane były w czarne suknie i płaszcze w tym samym kolorze, które miały je chronić przed zimnem. Nie zapewniały najwyraźniej odpowiedniego ciepła, ponieważ starsza pasażerka była skulona i dygotała na całym ciele. Twarz młodszej ujawniała smutek i zmęczenie. Wydawała się starsza niż była, a w jej oczach widać było olbrzymie cierpienie i doświadczenia, których los oszczędził wielu ludziom, nawet starszym od niej. Spojrzenie wbiła w okienko i przyglądała się zamazanym, jesiennym krajobrazom. “One są takie szare” pomyślała “zupełnie jak moje samopoczucie”. W oddali majaczyła ciemna góra, przy której znajdowało się miasteczko. ”Wzgórze marzeń. A ja już nie mam co spełniać, bo wszystko legło w gruzach.” Elizabeth razem z siostrą, jeden raz stała na tym wzgórzu, gdzie znajdowała się mała kapliczka. Ponoć miejsce to spełniało prośby i marzenia. Dziewczyna prosiła wtedy tylko o jedno - o szczęśliwą rodzinę.
Powóz przemierzał drogę najszybciej jak mógł. Woźnica nie oszczędzał swoich koni, wiedział, że jego pani chce się znaleźć jak najszybciej u celu. Kilka minut później wjechał do miasteczka i musiał zwolnić, aby nie rozbić się o budynki i stragany. Uliczki Hill, bo tak w skrócie mówiono o Hill of Dream, były opustoszałe i tętent kopyt niósł się echem między domami. Pogoda nie sprzyjała spacerom, dlatego też mieszkańcy z ciekawością wyglądali przez okna, aby zobaczyć nowych przybyszy. Hill nie leżało na trasie do żadnych większych miast ani też nie sławiło się żadną atrakcją, więc nie przybywało tutaj zbyt wielu obcych. Ludzie żyli w miasteczku w małej, zamkniętej społeczności, wszyscy się znali i żadna tajemnica nie uchowała się ani przez chwilę. Powóz, który tak nerwowo przemierzał miasto był nowością dla wszystkich, chociaż każdy spodziewał się tego. Śmierć hrabiego i jego rodziny nie obeszła się bez echa w Hill i teraz każdy czekał na spadkobierczynię majątku.
Kiedy w końcu powóz dojechał do obrzeży miasteczka i zatrzymał się, Luiza wysiadła pierwsza, a zaraz za nią jej pani. Ich oczom ukazała się masywna brama, za którą znajdował się, niegdyś piękny, ogród. Dalej widać było ponurą posiadłość, skąpaną w listopadowym deszczu. Nagle Elizabeth poczuła zimno na policzku. Spojrzała w górę i zobaczyła, że z nieba spada coraz więcej białych płatków śniegu.
-Jeszcze tylko zimy mi brakowało - stwierdziła krótko i z całej siły popchnęła jedno ze skrzydeł bramy, które uległo jej, wydając głośne skrzypnięcie. Kobiety wróciły do powozu i podjechały kamienną dróżką pod posiadłość. Przywitał je służący, usługujący zapewne wcześniej Charlotte. Kazał dwóm kobietom zanieść walizki do odpowiednich pokoi, a sam podszedł do Elizabeth.
-Niesamowite - powiedział cicho, mając nadzieję, ze nikt go nie usłyszy.
-Co jest niesamowite? - zapytała oschle dziewczyna.
-Och. Jest pani... prawie identyczna jak... - zaczął się tłumaczyć zmieszany.
-Jak moja siostra? - skończyła za niego, a w oczach zaszkliły łzy - Tak, byłyśmy bliźniaczkami.
Nie dała mężczyźnie szansy na powiedzenie jeszcze czegokolwiek, ponieważ sama ruszyła w kierunku wejścia. Popchnęła z całej siły drzwi i weszła do środka. Zobaczyła pięknie zdobiony hol, na samym środku, którego były schody prowadzące na piętro. Na lewej ścianie znajdował się kominek, a nad nim obraz młodej pary ludzi. Elizabeth patrzyła jak zaczarowana na rysy twarzy, które tak doskonale znała. Charlotte siedziała na krześle w brązowej sukni, zdobionej złotymi haftami i pięknymi koronkami. Włosy miała upięte w kok, a na kolanach trzymała czarnego jak smoła kota. Obok niej stał wysoki, przystojny mężczyzna, w białej koszuli i czarnych spodniach. Obejmował kobietę czule, a jego spojrzenie było dziwnie hipnotyzujące. “Musiał ją bardzo kochać” pomyślała Elizabeth, a po jej policzku popłynęła łza. Rozejrzała się wokół siebie, ale nigdzie nie zauważyła żadnej służby, ani Luizy. Ta zapewne rozmawiała z mężczyzną przed domem, który najprawdopodobniej chciał się czegoś dowiedzieć o swojej nowej pani. Kobieta stwierdziła, że nie będzie nikogo wzywać. Chciała być sama. Podeszła do kominka, w którym znajdowało się już drewno, jakby czekało tylko na to, aż ktoś je rozpali. Odnalazła zapałki i zapaliła ogień. Kiedy już był odpowiedni, odeszła trochę dalej i uklękła na zimnej podłodze. Chwilę później w holu było już ciepło. Ona patrzyła na obraz swojej ukochanej siostry i jej męża, a oczy szkliły jej niesamowicie. Nie miała siły na płacz. Już nie. Przepłakała długie tygodnie po otrzymaniu listu z tragiczną wiadomością, zanim zdecydowała się przejąć wszystko, co należało do Charlotte i Johna. Nie chciała ronić więcej łez.
Nagle otworzyły się drzwi wejściowe, przez które weszła Luiza w towarzystwie służącego, ale Elizabeth nawet nie drgnęła.
-Przepraszam, czy pani napaliła w kominku? - zapytał mężczyzna i spojrzał zniesmaczony na plamy na sukni, które jednoznacznie wskazywały odpowiedź.
-Tak - odparła beznamiętnie dziewczyna.
-Przepraszam, ale nie wolno palić w kominku - powiedział twardo.
-Co? - zerwała się na równe nogi - jak to nie wolno? Ja tu teraz jestem panią i zarządzam, że wolno!
Odwróciła się na pięcie i weszła po schodach na piętro. Mężczyzna spojrzał na służącą zdziwionym wzrokiem, po czym mruknął pod nosem:
-A jednak nie są identyczne.
-Proszę nie oceniać pochopnie panny Elizabeth - stwierdziła Luiza, która usłyszała sarkastyczne słowa majordomusa - ona wiele straciła w ostatnich latach.
-Nic jednak nie usprawiedliwia jej zachowania.
-Jest pan uprzedzony - obruszyła się - niech jej pan da trochę czasu. Na pewno wróci do siebie.
-Nie jestem pewien. Nikt nam nie zastąpi pani Charlotte.
Luiza nie odpowiedziała już na słowa mężczyzny. Wiedziała, że każda z sióstr była wyjątkowa. Nie miała odwagi twierdzić inaczej, poza tym nie było nawet do tego powodów. Teraz jednak musiała za wszelką cenę bronić Elizabeth, która miała już tylko ją.
Tymczasem dziewczyna spacerowała po piętrze, próbując ogarnąć swoje myśli. Czuła się strasznie zagubiona. Była daleko od domu, wśród obcych ludzi, w miejscu, które otwierało, jeszcze nie do końca zagojone, rany w sercu. Wśród wielu obrazów, co jakiś czas, widziała twarz siostry. Widok ten wywoływał nieopisany ból. Często odwracała od nich wzrok, jakby to miało ten ból zmniejszyć. Wtedy do głowy przyszedł jej pomysł, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Czym prędzej skierowała się na parter domu, aby znaleźć majordomusa. Nie znalazła w holu ani jego, ani Luizy. Postanowiła znaleźć kogokolwiek, kto mógłby jej pomóc. Rozejrzała się i stwierdziła, że w domu jest zastraszająca ilość drzwi. Wybrała te najbliżej kominka, w którym dogadał ogień i otworzyła je. Zobaczyła salon. Ściany miały kremowy kolor, zasłony zaś były ciemnoczerwone. Na środku stały trzy sofy w kolorze zasłon, oraz średniej wielkości stolik. Przy ścianach stały krzesła, a na podłodze leżał piękny, brązowy dywan. Nikogo jednak tam nie było. Elizabeth wróciła do holu i otworzyła drzwi obok schodów. Znalazła się w olbrzymiej jadalni, która mogłaby pomieścić około pięćdziesiąt osób. W rogu jednak stał niewielki stół i dwa krzesła. “Jedli tam codziennie” pomyślała dziewczyna i szybkim krokiem podeszła do tego miejsca. Przesunęła dłonią po blacie stołu i poczuła dziwne mrowienie w palcach. W sercu poczuła ukłucie. Oczami wyobraźni zobaczyła Charlotte i jej męża, siedzących przy śniadaniu i wesoło śmiejących się. Poczuła, że oczy ją zaczynają piec od napływających łez, więc odwróciła wzrok. Ścisnęła oczy, aby zapobiec nadciągającemu powoli atakowi histerii. Szybko wyszła z jadalni i prawie wpadła na majordomusa, który zmierzył ją lodowatym spojrzeniem.
-Czy coś się stało? - zapytał z grzeczności - Może panienka czegoś potrzebuje?
-Nie - odpowiedziała chłodno Elizabeth, pociągając przy tym nosem, jednak doszła do wniosku, że nie może prowadzić wojny ze służącym i cicho dopowiedziała- W zasadzie to tak.
-Więc, w czym mogę pomóc? - zapytał zdziwiony nagłą zmianą podejścia dziewczyny.
-Chciałabym pana prosić o przysługę. Tylko musi pan najpierw zrozumieć, że jest mi naprawdę ciężko po śmierci... - głos jej się na chwilę załamał, jednak postarała się szybko uspokoić - Proszę o ściągnięcie i schowanie wszystkich obrazów Charlotte i jej męża.
-Słucham? - zdębiał majordomus. “Jak ona może o to prosić?” myślał nerwowo.
-Tak jak pan słyszy, proszę o ściągnięcie tych obrazów. Póki co, nie jestem w stanie na nie patrzeć - powiedziała z udawanym spokojem.
“W takim razie powinienem zabrać także lustra” pomyślał zdenerwowany widocznie mężczyzna, jednak przytaknął i zawołał kilku służących, którym wydał im polecenia.
Elizabeth nagle doszła do wniosku, że jest bardzo zmęczona. Podróż oraz wrażenia, jakich dostarczył jej przyjazd do tego domu, sprawiły, że energia z niej uciekła. Dziewczyna postanowiła się przespać. Należał się jej odpoczynek. Ruszyła na piętro, gdzie znajdował się jej pokój. Idąc, widziała jak służący uwijają się ze ściąganiem wizerunków poprzednich mieszkańców domu. Starała się nie spoglądać na doskonale znaną jej twarz. Pospiesznie weszła po schodach i szła korytarzem do sypialni. Już miała otworzyć do niej drzwi, kiedy jej uwagę przykuło wejście do sąsiedniego pokoju. Nie miała pojęcia, co to było za pomieszczenie, chociaż posiadłość znała z kilku listów swojej siostry, które zdążyła jeszcze napisać. Podeszła bliżej i otworzyła drzwi. Znajdowała się w pokoju, który Charlotte przeznaczyła dla swojej córki. Ściany były błękitne, co nadawało niesamowitą atmosferę. Naprzeciwko Elizabeth stało niewielkie łóżeczko, w którym leżała pościel. Przystrojone było różnokolorowymi wstążkami, a obok niego stał duży fotel z granatowym obiciem. Dziewczyna nagle weszła na sam środek i nieporadnie usiadła na podłodze. Patrzyła z przerażeniem na pokoik i nagle zaniosła się głośnym płaczem. Po policzkach spływały obfite łzy, których za nic nie mogła powstrzymać. Zanurzyła twarz w dłoniach i płakała przez długie godziny.
Wieczorem znalazła ją tam Luiza. Leżącą na podłodze i tulącą drobniutką pościel. Pomogła jej wstać i przytuliła ją mocno.
-Nie martw się. Będzie dobrze - wyszeptała jej do ucha.
-Nie. Nie będzie. Oni nie żyją Luizo, rozumiesz? Nie żyją! - odpowiedziała jej cichym głosem Elizabeth.
-Ależ owszem panienko. Przyjdzie czas, że na wspomnienie siostry będziesz się uśmiechać, a nie płakać.
-Ale kiedy? Kiedy to nastanie? - spytała zrozpaczona dziewczyna.
-Nadejdzie z czasem - odpowiedziała spokojnie Luiza - Ale teraz czas się pozbierać i zejść na kolację.
Elizabeth posłuchała swej przyjaciółki i poszła się ogarnąć. Umyła twarz i ręce, ułożyła rozczochrane włosy i zmieniła suknię na ciemnoniebieską. Była bardzo zmęczona, ale też głodna, więc udała się szybko do jadalni, gdzie już czekała służba, aby podać posiłek oraz Luiza. Dziewczyna wiedziała, ze będzie musiała stawić czoła swoim demonom i zasiąść na miejscu swej siostry. Nie było innego wyboru. Kolacja przy olbrzymim, hebanowym stole, nie sprawiłaby jej żadnej przyjemności, a nawet przytłoczyłaby ją jeszcze bardziej widokiem wielu pustych miejsc. Usiadła więc przy niewielkim stole w kącie, razem ze swą towarzyszką. Chwilę później przez drzwi, których Lizzie wcześniej nie zauważyła, służba wyniosła tace z jedzeniem. Kobiety ustawiły je na stole, odkryły, po czym pokłoniły się i wróciły do pomieszczenia obok jadalni. Na dużych talerzach znajdowało się kilka rodzajów wędlin, pokrojony bochenek chleba, ziemniaki oraz pokrojony, pieczony indyk. Wszystko było ozdobione ziołami i owocami. “Cóż za marnotrawstwo” pomyślała dziewczyna, ale zabrała się za nakładanie sobie na talerz posiłku. Jadły w ciszy, co jakiś czas komentując smak potraw i przepijając je zimnym sokiem. Kiedy najadły się do syta wstały i wyszły z pomieszczenia. Wolnym krokiem poszły na piętro, do swoich pokoi, które ze sobą sąsiadowały.
-Dobranoc Lizzie - powiedziała Luiza i pocałowała ją w czoło.
-Śpij dobrze - odpowiedziała jej dziewczyna i uśmiechnęła się słabo. Weszła do swojego pokoju. Był jej przeznaczony od samego początku. Charlotte o to zadbała. Twierdziła, że w jej domu musi być pokój dla siostry, ponieważ na pewno będzie ją odwiedzać. Przygotowała go według własnego gustu. Wiedziała, że Elizabeth się spodoba. Chciała, żeby był to jej raj, kiedy będzie poza swoim domem. Pokój był bardzo duży. Przy ścianie, na prawo od drzwi, znajdowało się wielkie łoże z czterema kolumnami, na których oparty był baldachim w czerwonym kolorze. Zasłony baldachimu były upięte złotymi klamrami ze zdobionymi motylami. Na śnieżnobiałej pościeli leżał ciemnobrązowy, wełniany pled, który Charlotte sama zrobiła na drutach. Po obu stronach łoża stały małe stoliczki, a na nich z kolei grube świece. Naprzeciw znajdowała się olbrzymia szafa o zdobionych drzwiach, w ich rogach były wyrzeźbione kwiaty. W rogu pokoju stało masywne biurko na grubych, starannie rzeźbionych nogach. Miało trzy niewielkie szuflady, a blat był pięknie wypolerowany. Stały na nim trzy świece, lampa naftowa, kałamarz z atramentem oraz piękne pióro. Tuż nad nim było duże okno, przez które widać było ogród. Latem widok był niesamowity, ponieważ ogród tonął w zieleni ozdobionej najróżniejszymi kolorami kwitnących kwiatów. W samym środku znajdował się duży staw, który mienił się w słońcu tysiącem kolorów. Elizabeth uwielbiała ten widok. Teraz jednak, kiedy spojrzała w tamtym kierunku, zobaczyła trawę przykrytą niewielką warstwą śniegu oraz prawie czarny staw. Było już prawie ciemno, więc niewiele więcej było widać. Dziewczyna odwróciła wzrok i poczuła się jeszcze bardziej zmęczona niż była. Zawołała służącą, która po chwili znalazła się w jej pokoju. Była to młoda, niska brunetka o ładnej twarzy.
-Chciałabym wziąć kąpiel. Byłabym wdzięczna, gdybyś mi ją przygotowała - powiedziała.
-Dobrze panienko. Zaraz się tym zajmę - odpowiedziała jej nieśmiało dziewczyna.
-Zejdę do łazienki za kwadrans. Teraz możesz wyjść - stwierdziła Elizabeth i skinęła na służącą, aby wyszła. Ta postąpiła tak, jak kazała pani i zamknęła za sobą drzwi. Kilkanaście minut później Lizzie była już w łazience, gdzie czekała na nią ciepła kąpiel oraz służąca.
-Dziękuję - powiedziała.
Służąca skłoniła się nisko i już chciała wyjść, kiedy dziewczyna ją zatrzymała.
-Jak masz na imię? - zapytała.
-Mary - odpowiedziała nieśmiało.
-Mary. Ładne imię - uśmiechnęła się lekko Lizzie - jak długo tutaj pracujesz?
-W grudniu miną trzy lata. Siostra panienki przygarnęła mnie z ulicy tuż przed świętami. Mnie i moją matkę.
-Więc twoja matka też u mnie pracuje?
-Tak. Jest kucharką. Pani Charlotte była bardzo... - ugryzła się w język Mary. Spojrzała ze strachem na swoją nową panią sądząc, że zobaczy złość, ale ujrzała tylko smutek, więc dokończyła - dobra i łaskawa.
-Wiem - powiedziała spokojnie Elizabeth - Dziękuję ci Mary. Możesz już wracać do matki.
Dziewczyna pokłoniła się i szybko wyszła. Bała się, że może zostać wyrzucona przez swoją nieostrożność w wypowiadaniu słów. “Niepotrzebnie wspominałam o pani Charlotte” pomyślała i prawie biegiem wróciła do pokoju służby.
Elizabeth wzięła odprężającą kąpiel, a potem przebrana w koszulę nocną wróciła do siebie. Nie spotkała po drodze nikogo. Nawet majordomusa, który wydawać by się mogło, starał się czuwać nad wszystkim. “I dobrze” stwierdziła w myślach “jeszcze tylko brakuje mi tego grubianina”. Kiedy już była w swoim pokoju, usiadła na łóżku i przeczesała włosy. Zastanawiała się nad tym, co właściwie tu robi. Wcale nie musiała tu przyjeżdżać. Miała przecież dom po swoich rodzicach. Coś ją jednak podkusiło, aby przyjechać i zająć się posiadłością. Czuła wewnętrzną, niewyjaśnioną potrzebę zajęcia się tym domem. Położyła się i przypomniała sobie dzieciństwo. Błądziła myślami wśród wspomnień chwil spędzonych z Charlotte. Oczami wyobraźni widziała dwie bawiące się na łące dziewczynki, biegające, zbierające kwiaty, plotące wianki. Przypominała sobie ich pierwszą jazdę konną, pierwsze pływanie w jeziorze, pierwszy bal. I nagle do głowy zaczęły dobijać się słowa, które obie wypowiedziały kilkanaście lat wcześniej.
“-Obiecaj mi, że zawsze będziemy razem.
-Obiecuję. Nawet umrzemy razem “

Zdania, które pozornie nie miały żadnego znaczenia, wibrowały w głowie Elizabeth, powodując olbrzymi ból. W oczach znów zalśniły łzy. Wcześniej nie pamiętała tego zdarzenia. Jakby zatarło się w jej pamięci, najprawdopodobniej, aby nigdy nie powrócić. A jednak wspomnienie wróciło, powodując w sercu dziewczyny ból i poczucie winy, którego nie mogła się pozbyć. “Nie dotrzymałam obietnicy Charlotte” myślała “Jak mogłam cię opuścić?”. Ta myśl dręczyła ją przez pół nocy. Wydawało jej się, że powinna być przy swojej siostrze. Nie powinna pozwalać jej wyjeżdżać, albo powinna jechać razem z nią. “Może wtedy ona by żyła?”. Sądziła, że powinna być przy jej śmierci. Powinna ją wspierać, a ona pozostawiła ją na pastwę losu.

komentarze [16]

PROLOG


Było wiosenne południe, kiedy dwie małe, identycznie wyglądające dziewczynki biegały w kółko po łące. Ubrane były w bladoróżowe sukienki, które komponowały się z rosnącymi tam kwiatami.

„Tańcz, tańcz!
Wśród kwiatów tych
Trzymając mnie za rękę.
Tańcz, tańcz!
Nie puszczaj mnie
I śpiewaj tą piosenkę…”


Bliźniaczki trzymały się za ręce, a ich słodkie głosy roznosiły się po okolicy, niosąc słowa dziecięcej piosenki i sprawiając, że atmosfera była jeszcze przyjemniejsza. Dziewczynki co jakiś czas sięgały po polne kwiaty, a potem tańczyły i rozrzucały wokół siebie kolorowe płatki. Były szczęśliwe i beztroskie. Kilkadziesiąt metrów dalej stał pokaźny, szary dom, w którym mieszkały, a na tarasie siedziała służąca opiekująca się nimi. Patrzyła na swoje podopieczne z uśmiechem. Była dziewiętnastoletnią dziewczyną, a bliźniaczkami opiekowała się od ich urodzenia. Były dla niej niczym młodsze siostry, których sama nigdy nie miała. Jej matka również była służącą w tym domu i nie mogła pozwolić sobie na dzieci. Kiedy zaszła w ciążę wisiało nad nią widmo zwolnienia, ale państwo Vandervellen okazali się wyrozumiali i pozwolili zostać jej i wychować dziecko w ich domu. Luiza od urodzenia była służącą i nie wyobrażała sobie innego życia.
W pewnym momencie dziewczyna wstała z bujanego fotela i podeszła bliżej dziewczynek. Kiedy ją zauważyły, powiedziała:
-Czas na obiad kochane.
-Obiad! - zaczęły krzyczeć bliźniaczki z radością. Niewiele im było do szczęścia potrzebne, potrafiły się cieszyć ze wszystkiego. Swoim entuzjazmem i uśmiechem zarażały ludzi wokół, którzy zazdrościli państwu Vandervellen takich córek.
Blondyneczki biegiem wróciły do domu, gdzie czekali na nie rodzice i misa ziemniaków oraz pieczeń. Obiad zjadły w pośpiechu, choć było to trudne, ponieważ co chwila wybuchały radosnym śmiechem, zmuszając dorosłych zgromadzonych w jadalni do tego samego. Chciały wrócić szybko do zabawy. Kiedy tylko uzyskały przyzwolenie ojca, szybko pobiegły do swojego pokoju na piętrze. Przez długie godziny oddawały się swoim dziecięcym pasjom. Malowały, śpiewały, czytały książki, których nie rozumiały. Udawały, że to one wymawiają kwestie bohaterów i wymyślały najróżniejsze historie, które potem wcielały w życie. Nie nudziły się ani chwilę. Rozumiały się bez słów. Potrafiły namalować takie same rysunki nie patrząc na siebie, a zabawa w chowanego nie sprawiała im żadnej przyjemności, gdyż zawsze wiedziały, gdzie schowała się druga z nich. Odczuwały te same emocje, a kiedy jedna była chora, druga cierpiała niesamowicie, choć nie miała objawów choroby.
Kiedy nadszedł wieczór i obie leżały już w łóżku. Jedna z nich – Charlotte – przytuliła mocno siostrę i powiedziała cichutko:
-Kocham cię Lizzie.
-Ja ciebie też siostrzyczko – odpowiedziała jej siostra.
-Obiecaj mi, że zawsze będziemy razem.
-Obiecuję – powiedziała pewnie Elizabeth – Zobaczysz, nawet umrzemy razem!
Chwilę później dziewczynki zasnęły głębokim snem, przytulone mocno do siebie.


*-*


Liście drzew były już w różnych odcieniach żółci, brązu i czerwieni, a słońce szybciej chyliło się ku zachodowi. Wrzesień rządził się swoimi prawami. W ogrodzie pełnym różanych krzewów, na ławce, siedziała młoda dziewczyna. Miała długie, lekko kręcone, blond włosy, a ubrana była w zieloną suknię zdobioną delikatnymi, złotymi haftami. Na kolanach trzymała drewnianą deseczkę, a na niej papier listowy. Obok niej, na ławce leżał kałamarz z atramentem. Z wielką pasją kreśliła kolejne litery na papierze zawijając kunsztownie ogonki.

“Kochana Charlotte,
życie bez Ciebie jest szare i monotonne. Kiedy jeszcze matka żyła, udawało mi się znosić jakoś Twoją nieobecność. Pół roku temu mama umarła, a ja teraz czuję się potwornie samotna. Zostałam sama z Luizą w tym wielkim domu, w którym tak wiele lat spędziłyśmy razem. Mam nadzieję, że Tobie powodzi się lepiej i stworzyłaś wraz ze swoim mężem, szczęśliwy związek. Kto wie, być może niedługo zostanę ciocią?
Od jakiegoś czasu czuję, jakby siły mnie opuszczały. Dziwne uczucie, zważając na mój wiek. Nie sypiam dobrze, mimo że czuję się cały czas bardzo śpiąca. Czasami nie jem nic całymi dniami. Chudnę w oczach. Tak przynajmniej mówi Luiza, a ja jej wierzę. W końcu spędziłam z nią tyle lat.
Powoli zbliża się zima. To już trzecia bez Ciebie. Mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić Ciebie i Twego męża, jeszcze przed świętami i spędzimy Boże Narodzenie razem.
Całuję,
Lizzie.”


Kiedy Elizabeth skończyła pisać list i odłożyła przyrządy, poczuła się bardzo zmęczona. Charlotte wyjechała trzy lata wcześniej, pozostawiając matkę i siostrę same. Ich ojciec zmarł, kiedy obie miały po trzynaście lat. Charlotte przeżyła silniej tą stratę. Była z nim bardzo związana, podczas gdy Elizabeth większą miłością darzyła matkę. Tylko tym się różniły. Od urodzenia trzymały się zawsze razem i były najlepszymi przyjaciółkami. Charlotte jednak tuż po swoich siedemnastych urodzinach postanowiła przenieść się do odległego miasteczka, gdzie jak twierdziła, chciała znaleźć spokój. Siostry pozostawały w stałym kontakcie listowym. Opisywały w listach wszystko, co czuły, co przeżywały i przekazywały nowiny ze swego otoczenia. Charlotte wyszła za mąż rok po wyjeździe, za hrabiego Johna de Gualle. Ich ślub był skromną uroczystością, na której pojawiły się rodziny młodych małżonków i najbliżsi przyjaciele. Wtedy też Elizabeth miała jedyną okazję, aby odwiedzić siostrę.
Z zamyślenia dziewczynę wyrwał głos Luizy – jej osobistej służącej. Elizabeth darzyła ją szczerą sympatią i przyjaźnią. Służyła jej rodzinie od wielu lat, a od kiedy tylko na świat przyszły dziewczynki, została ich służącą i opiekunką.
-Luizo, stało się coś? - zapytała, widząc smutną minę kobiety. Ta jednak nie odpowiedziała, tylko podała jej kartkę zapisaną drobnym, pochyłym pismem. Zaraz potem zaniosła się głośnym płaczem i usiadła na ławce. Elizabeth zaczęła czytać słowa, które sprawiły tak wielką żałość w jej służącej.

“Panno Vandervellen
Jako, że jest pani ostatnią członkinią rodziny pani Charlotte de Gualle, jestem zmuszony poinformować o sytuacji, jaka nastała. Pańska siostra była w ciąży, jednak podczas porodu nastąpiły pewne komplikacje i pani Charlotte zmarła...”


Oczy Lizzie zaszły łzami. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Przecież, jej siostra była młoda i silna, nie mogła umrzeć. Patrzyła z otępieniem na kartkę i zsunęła się z ławki na ziemię. Klęczała na trawie, a po policzkach płynęły jej olbrzymie, słone łzy.

“Niestety jej córka była zbyt słaba i również nie przeżyła. Na domiar złego, mąż pani siostry umarł, najprawdopodobniej z żalu po ukochanej. Boleję niezmiernie, że muszę panią o tym wszystkim informować. W tej sytuacji jest pani...”

Dalszych słów już nie doczytała. Nie widziała ich, ponieważ wybuchła nieopanowanym płaczem. Odrzuciła list i sama opadła bezsilnie na ziemię. Z jej oczu płynęły ciepłe łzy, a w ustach czuła ich słony smak. Zaczęła krzyczeć: „Nie! Dlaczego ona? Dlaczego?”. Jej serce przepełniał ból nie do zniesienia. Czuła, jakby zabrano cząstkę jej samej. Oczy coraz bardziej ją piekły, a gardło nie pozwalało już krzyczeć, jednak ona nie potrafiła przestać. Luiza zbliżyła się do niej i objęła jej dygocące ciało. Obie płakały żywymi łzami, aż nastał zmierzch. Żadna z nich jednak nie podniosła się, ani nie odeszła z miejsca swojej tragedii. Elizabeth leżała bez ruchu na zimnej i mokrej od łez trawie, i szeptała tylko imię swojej siostry. Oczy miała otwarte i opuchnięte. Po policzkach, co jakiś czas, spływała jeszcze pojedyncza łza. Luiza leżała przytulona do niej z zamkniętymi oczyma. Nie potrafiła pojąć, dlaczego tak wiele tragedii musiało spaść na jej młodą przyjaciółkę. Najpierw ojciec, później matka, a teraz cała rodzina jej siostry. “To zbyt wiele dla niej” myślała “zbyt wiele”.

komentarze [1]



*-*

CZĘŚCI
Prolog
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV - część 1






By Olchuck ©
only for Hill of Dream